Zawsze biorę (moje) sprawy w swoje ręce. Jestem z siebie dumny, za to, co do tej pory udało mi się osiągnąć i gdzie teraz jestem. Sam to wszystko wypracowałem. Nigdy nikt mi niczego nie „załatwiał” i nikomu nie jestem nic winien. Owszem pieniądze są potrzebne, ale nie są najwyżej w mojej hierarchii wartości. Można się zagubić, nie raz, nie dwa. Można mieć słabszy dzień lub podjąć niewłaściwą decyzję. Codziennie popełniamy jakieś błędy. Z perspektywy czasu nie mają one większego znaczenia. Znaczenie ma każdy trwający dzień, każda chwila, którą uważnie odczuwamy całym sobą. Tak było, gdy usiadłem na krawędzi tarasu (lub czasu). Patrzyłem na chmury przy zachodzącym słońcu, bawiłem się w odgadywanie co mi przypominają, co chcą mi powiedzieć. Obserwowałem jaskółki, słyszałem dźwięki, które przypominały mi moje eksperymenty na syntezatorach mooga. Czułem chłód, miałem gęsią skórkę, byłem zmęczony. I to wszystko było cudowne.